Jak mogła wyglądać zabawa sylwestrowa na Łużycach w latach dwudziestych? Odpowiedź na to pytanie daje bardzo ciekawy tekst Witolda Piwońskiego, który przytaczamy tylko z jednym skrótem:

„Jak i gdzie bawiono się na Łużycach w ostatni dzień roku? Jak wyglądał ten wieczór nad Nysą w okolicach Żar w roku 1928? Chciałbym odpowiedzieć na to pytanie na podstawie ogłoszeń ówczesnych lokali rozrywkowych zamieszczanych w miejscowej prasie. Oprócz zasługujących na tę nazwę lokali w miastach, w grę wchodzą tu przede wszystkim gospody wiejskie. Zima wówczas była tęga. Podczas przedgwiazdkowego targu w dniu 18 grudnia, choinki grubo obsypane śniegiem, jakby już przystrojone, przypominały o bliskich świętach […]

Na Górnych Łużycach i w Saksonii szalała w tym czasie epidemia grypy, w sąsiedniej Turyngii, w okolicach Weimaru, miasta znanego wówczas jeszcze tylko dzięki wielkim niemieckim poetom – Goethemu i Schillerowi, a dzisiaj również dzięki pobliskiemu obozowi koncentracyjnemu – Buchenwald, mrozy przekraczały – 30 st. C, we Frankfurcie nad Odrą termometry wskazywały – 23 st. C. Podobne temperatury musiały więc panować i na Łużycach. W Berlinie w ciągu 36 godzin zanotowano 279 przypadków odmrożenia, szczególnie nosa i uszu. Pod Lipskiem w stodole na polu znaleziono ciała czterech zamarzniętych osób, a w lasach znajdowano zesztywniałą od mrozów zwierzynę. Gdzie indziej znów zamarzł niewidomy inwalida wojenny, jego pies nie pozwolił się nikomu zbliżyć do trupa, dopiero gdy wierne zwierzę samo zamarzło, można było pochować człowieka. Zima roku 1928 była więc tęga. Sylwester przypadał w poniedziałek. Zabawy zaczęły się już w niedzielę 30 grudnia 1928 r. i trwały do środy 2 stycznia 1929 r. Niemieckim zwyczajem „Gasthaus” był w każdej wsi, w niektórych zresztą było ich kilka. Każda z gospód reklamuje się w prasie, aby ściągnąć jak najwięcej gości. A więc w Tuplicach bal sylwestrowy odbędzie się w restauracji Jurka, sądząc z nazwiska – Łużyczanina. Wśród właścicieli lokali i gospód zapraszających na zabawy ogłasza się również L. Wobusa z Barści Łuż. (Forst), a obok niego Matusz i Ermisz, Kuszel i Kok. W Buczynie impreza noworoczna odbędzie się w gospodzie Daniela Kary, w Niwicy u Pegezy. Gdzie indziej znów u Noaka, w Czersku koło Mużakowa u Kotuli, w innej wsi u Pelaka, w Żarkach Wielkich u Mobusa. Jak widać, nie są to ludzie noszący niemieckie nazwiska. W Trzebielu wielki bal noworoczny zorganizowano w restauracji niejakiego Budo. Jest to nazwisko typowo łużyckie, a w Wielkim Kolsku u Hirsika. Dziwić może duża ilość restauratorów i właścicieli gospód o łużyckich nazwiskach. Część z nich zapewne odziedziczyła je po ojcach, którzy służyli w armii pruskiej za czasów wojen okresu zjednoczenia, część uległa zniemczeniu i sama zaczęła się pisać z niemiecka. Były to w tym czasie wypadki często spotykane wśród bogatego chłopstwa, zwłaszcza na Dolnych Łużycach, gdzie procesy germanizacyjne były najbardziej zaawansowane. Problemy te ukazuje w tym właśnie czasie w swojej twórczości Michał Nawka, nawiązując do „problematyki upadku moralnego zamożnego chłopstwa łużyckiego, które szukając w niemieckiej obyczajowości małomieszczańskiej „lepszego życia” niż byt własnego narodu stawało się w wielu przypadkach rozsadnikiem niepowodzeń walki narodowościowej…” Bale sylwestrowe były różne: wielkie, oficjalne, maskowe i klubowe, zapowiadano „wesołe” i „z niespodziankami”, był też typowo niemiecki „Bockbierfest” i „Silvesterrummel”. Były zabawy z występami komików, z muzyką taneczną i rozrywkową, a w restauracji „Pod złotą gwiazdą” w Tuplicach nawet z murzyńską kapelą jazzową. Bawiono się więc hucznie, gorący nastrój rozgrzanych tancerzy pozwalał zapomnieć o srogich mrozach i stężałym powietrzu za oknami rozjarzonych światłami balowych sal licznych gospód na Dolnych Łużycach. Zaczynał się karnawał. O północy na placach gromadziły się tłumy owacyjnie witając nowy, 1929 rok.

I oto niespodzianka, pierwszy śnieg spadł 12 grudnia, a teraz nie ma w mieście śniegu. Bezśnieżna zima była szczególnie dokuczliwa. O czym rozmawiano przy stolikach w czasie tych zabaw możemy się tylko domyślać. Zapewne o tęgich mrozach, chłopi prawdopodobnie wyrażali troskę o los ozimin, jako że pokrywa śnieżna na polach była słaba i o licznych śmiertelnych ofiarach zimy, o czym donosiła ówczesna prasa. Roztrząsano też chyba szczegóły rzadkiego wypadku drogowego, kiedy to auto wjechało w środek stada kuropatw maszerującego szosą, a jego przodownik, wyjątkowo widać silny kogut, wybił szybę, wpadł do wewnątrz i poranił twarz siedzącej obok kierowcy damie. Niewątpliwie politykowano też na kawiarniany sposób, a niejeden podchmielony frajter Schulz malował przed oczami słuchaczy swój bohaterski autoportret z okopów zachodniego frontu sprzed dziesięciu lat. Jeśli nawet gdzieś zebrało się trzech Serbów, to z chwilą, gdy doszła czwarta osoba narodowości niemieckiej, rozmowa toczyła się już dalej w języku niemieckim, bo taki był zwyczaj. A może dyskutowano na temat różnicy wieku między mężczyzną a kobietą w małżeńskim stadle, z okazji ogłoszonej właśnie nowej teorii amerykańskiego psychologa. A potem znów zagrała orkiestra, dał się słyszeć rumor odsuwanych krzeseł, stoliki opustoszały, a na środku sali powstawał tłok wśród rozbawionych, tanecznych par. W czystym, mroźnym powietrzu ostatniego wieczoru roku niosła się hen daleko, aż po brzegi lasów okalających wieś, płynna, potoczysta melodia walca.”

źródło cytatu: Jaworki T. Pyżewicz W. WITOLD PIWOŃSKI (1930–2005) PIEWCA WSCHODNICH ŁUŻYC [s.25-27] Zielona Góra 2011